Historia, której nie ma w Ewangelii, ale która żyje w kamieniach Prowansji od dwóch tysięcy lat.
Ostatnia łódź
Kiedy w Jerozolimie zaczęły płonąć pierwsze domy chrześcijan, a Jakub został ukamienowany, grupa uczniów zrozumiała, że muszą uciekać.
Do małej łodzi bez żagla i wioseł wsadzono ich siedmioro. Marię zwaną Magdaleną, jej siostrę Martę, ich brata Łazarza, którego Jezus wskrzesił, służącą Marcelle, Maksymina i kilku innych. To nie miała być podróż. To miał być wyrok. Łódź bez steru na Morzu Śródziemnym to grób.
Mówiono, że morze ich nie chciało. Przez trzynaście dni sztorm omijał ich łupinę. Fale podnosiły się wokół, ale nie w środku. Aż pewnego ranka, pachnącego sosnami i solą, łódź otarła się o białe kamienie niedaleko Marsylii.
Mieszkańcy Prowansji pamiętają pierwszy cud, jaki tam ujrzeli. Maria Magdalena zeszła na brzeg i na skale, gdzie stanęła jej bosa stopa, wytrysnęło źródło słodkiej wody. Do dziś w Saintes-Maries-de-la-Mer pokazują to miejsce.
Głos, który pamiętał pustynię
Marsylia była wtedy wielkim, pogańskim portem. Pełnym kupców, niewolników, kapłanów rzymskich bogów. Łazarz został biskupem, Marta poszła nawracać Tarascon, gdzie według legendy oswoiła smoka Tarasque, który pożerał ludzi - bo każdy potwór to tylko samotność, której nikt nie przytulił.
A Maria? Maria wybrała ciszę.
Poszła w góry. Ponad trzydzieści kilometrów od morza wznosi się potężny masyw Sainte-Baume. W jego sercu jest ogromna grota, tak duża, że zmieściłby się w niej kościół. W środku zawsze kapie woda i jest zimno, nawet gdy na dole w Prowansji jest czterdzieści stopni upału.
Tam zamieszkała. Nie miała nic. Jej szatą stały się jej własne włosy, które urosły do kostek i okrywały ją jak płaszcz. Żywiła się korzeniami i tym, co przynosili jej aniołowie - tak mówili pasterze, którzy czasem widzieli, jak o świcie unosi się nad grotą i modli się zawieszona w powietrzu.
Przez trzydzieści lat nikt nie słyszał jej głosu. Aż raz do groty zabłądził kapłan. Zobaczył wychudzoną kobietę o oczach, które widziały zbyt wiele. I zapytał:
• Dlaczego nie wróciłaś do ludzi? Przecież widziałaś Pana.
A ona odpowiedziała. Pierwsze słowa od trzydziestu lat.
• Bo kiedy On powiedział do mnie w ogrodzie "Mario!", zrozumiałam jedną rzecz. Że przez całe życie szukałam miłości u ludzi, którzy dawali mi tylko na chwilę. Sześć duchów to było sześć moich prób, żeby ktoś mnie nasycił. A siódmy to ja sama, pusta. On jeden wypowiedział moje imię tak, że wreszcie poczułam się cała. Nie potrzebuję już mówić do ludzi. Teraz wystarczy mi mówić do Niego. A On mówi do mnie codziennie.
Kapłan wrócił do doliny i opowiedział o tym. Od tego dnia ludzie zaczęli przychodzić do groty. Nie po cuda. Po to, żeby w ciszy usłyszeć, jak ktoś wypowiada ich własne imię.
Mówią, że gdy Maria Magdalena umarła, w całej Prowansji przez trzy dni pachniało nardem - tym samym olejkiem z jej alabastrowego słoika, którym chciała namaścić stopy Jezusa. Zapach nie chciał opuścić gór.
Do dziś, jeśli wejdziesz do La Sainte-Baume, nawet w największy upał poczujesz chłód. A przewodnicy pokazują miejsce w skale, gdzie według tradycji klęczała. Kamień jest tam gładki, wytarty od kolan. Nie od jednego życia. Od tysięcy pielgrzymów, którzy klękają w tym samym miejscu i w tej samej ciszy próbują usłyszeć, jak ktoś wreszcie mówi do nich po imieniu.
Bo historia Marii Magdaleny to tak naprawdę nie historia o przeszłości. To historia o każdym, kto czuje się pusty i czeka, aż ktoś wypowie jego imię z taką miłością, że wszystko się zmieni.

Komentarze
Prześlij komentarz
Tutaj można wpisywać swoje intencje